Zwolnieni z WF

0 Flares 0 Flares ×

W ostatnim czasie, przeglądając codzienne aktualności w serwisach społecznościowych, dość często spotykam się z hasłem „Stop zwolnieniom z WF”. Zainteresowana tematem, postanowiłam zasięgnąć informacji i poznać bliżej ideę tak szeroko promowanego sloganu. Jak się okazało, co też potwierdziło moje wcześniejsze domysły, to kampania społeczna Ministerstwa Sportu i Turystyki, która na celu ma zwiększenie udziału dzieci i młodzieży w lekcjach wychowania fizycznego w szkołach.

Apel kierowany jest przede wszystkim w stronę rodziców, którzy pod naciskiem próśb swoich pociech coraz częściej – nagminnie wręcz – organizują im zwolnienia z zajęć WF, przyczyniając się tym samym do ich ewentualnych problemów zdrowotnych w późniejszym wieku. A tendencja okazuje się być niemała, gdyż według badań statystycznych, dzieci i młodzież w Polsce tyją najszybciej, na tle pozostałych krajów Europy. To budzi niepokój i ja zdaję sobie z tego faktu sprawę. Co więcej, najlepiej wiem, jakie konsekwencje za sobą to niesie.

Z zajęć wychowania fizycznego zwolniona byłam właściwie tylko raz, na pierwszym roku studiów, kiedy to obowiązkowy do zaliczenia WF uważałam za coś wręcz nie na miejscu. Poważnie! Czułam się mocno zażenowana faktem, iż ukończywszy już spory czas temu 18 lat, wychodząc ze szkoły średniej, ktoś nagle zechce zmuszać mnie do ćwiczeń. Nie powiem, że przesłanek zdrowotnych ku temu nie miałam, bowiem na ładne oczy zwolnienie to nie zostało mi wypisane. Niemniej jednak w tamtym czasie byłam skłonna dołożyć wszelkich starań, by nie musieć kompromitować się przed innymi studentami. Tym bardziej, że był to okres, kiedy dawno już przekroczyłam akceptowalne przez społeczeństwo rozmiary. Kończąc liceum tak bardzo cieszyłam się, że zmorę WF mam już za sobą i nikt nigdy więcej nie będzie musiał oglądać mnie zmagającą się z własnym ciałem. A tu taka niespodzianka…

Jak już niejednokrotnie wspominałam, większa niż rówieśnicy byłam niemal od czasów szkoły podstawowej, ale w lekcjach wychowania fizycznego uczestniczyłam zawsze. Mniej lub bardziej chętnie – ćwiczyłam. Zresztą byłam wówczas dość aktywnym dzieckiem, o co mama dbała, zapisując mnie na coraz to nowsze, pozalekcyjne zajęcia aktywności ruchowej. Od piątego roku życia uczyłam się pływać – na basen uczęszczałam dwa razy w tygodniu do około trzynastego roku życia (jeździłam nawet na zawody pływackie!), grałam w tenis ziemny a także chodziłam na lekcje tańca towarzyskiego. Naprawdę ruchu mi nie brakowało a czasu na nudę nie miałam zbyt dużo. Mimo wszystko WF zawsze kojarzył mi się z pewnym upokorzeniem.

Najmocniej odczułam to w okresie gimnazjum i wyżej, gdzie zajęcia dzielone są na męskie i żeńskie. W czasie, kiedy sala gimnastyczna przeznaczona była wyłącznie dla dziewcząt, dochodziło do prawdziwego zderzenia różnic. Na nieszczęście moja klasa współdzieliła halę z dziewczętami z klas sportowych. O ile biegi wokół boiska, ćwiczenia rozciągające czy gry zespołowe były jeszcze do przeżycia, bowiem mogłam zniknąć w tłumie, tak gimnastyka sportowa stanowiła ogromne wyzwanie. Skoki przez „kozła” zapamiętam już chyba do końca życia. Gdy po dwóch nieudanych próbach (bo nigdy nie rezygnowałam z niczego bez podjęcia próby) usłyszałam drwiące śmiechy w tle sali, poprosiłam po prostu o jedynkę z tego zadania. Powiedziałam, że ewentualnie mogę odrobić to na basenie, gdyż tam czułam się bardziej komfortowo.

Faktycznie, basen nie stanowił dla mnie problemu. W pływaniu czułam się mocna, wiem nawet, że miałam przewagę nad resztą grupy. Wielokrotnie nauczycielka stawiała mnie za przykład. I wierzcie mi, mniejsze opory miałam przed rozebraniem się do stroju kąpielowego i wyjścia w nim przed grupę chłopców ze swojej klasy (bo tak akurat łączony był WF na basenie), aniżeli przed skokami, gwiazdami i kozłami w towarzystwie siatkarek. Nikt, kto nie doświadczył tak parszywego uczucia, nie jest w stanie zrozumieć, co czuje dziecko w takiej chwili. Kiedy wysportowane dziewczyny śmieją się, co prawda nie wiesz czy chodzi o Ciebie, bo palcem nikt przecież nie wskaże, koleżanki z klasy są tego świadkami, a Ty wszystko przybierasz do siebie mocno personalnie. Najlepiej zapaść się pod ziemię, bo do dzwonka jeszcze tak duuuużo czasu a wyjść z lekcji nie wolno. I stoisz z boku tej sali, jak trędowata, czując na sobie wzrok pozostałych uczennic. 

Wspominam o tym, ponieważ zawsze, w każdym sporze staram się rozumieć dwie strony. I tak też w przypadku kampanii „Stop zwolnieniom z WF” staję po środku. Dlaczego? Bowiem własne doświadczenia pozwalają mi na utożsamienie się z obrońcami każdej z tych racji. Jako szczupła osoba, mająca za sobą wygraną walkę z zaawansowaną otyłością, dziś regularnie aktywna fizycznie i nie wyobrażająca sobie już funkcjonować inaczej wiem, do czego prowadzą zaniedbania we wczesnym wieku dziecięcym. Mam świadomość problemów, które być może rodzą się w momencie, gdy dajemy sobie przyzwolenie na rezygnację z lekcji WF w szkole. I choć sama z zajęć zwolniona nie byłam, to nie zrobiłam wówczas nic ponadto. Odbębnione i do domu. Wystarczyło tej aktywności. I jak najbardziej jestem za tym, aby zachęcać dzieci, młodzież do regularnego uprawiania sportu, ponieważ niesie to za sobą tylko pozytywne skutki. Jednak nic za wszelką cenę. Potrafię bowiem zrozumieć także dziecko, które pod przymusem uczęszcza na takie zajęcia i czuje z tego tytułu upodlenie. Mimo, że rodzicem nie jestem, to proszę każdego z nich o rozmowę. Szczerą, ciepłą i pełną zrozumienia. Bo kiedy pociecha zaczyna wspominać o zwolnieniu z WF, jestem przekonana, że ma ku temu powody. Być może naprawdę błahe, nie mające rzeczywistego związku z większym problemem. Natomiast nigdy nie mamy pewności, że nie kryje się za tym nic poważniejszego, co w przyszłości zaowocować może w niechciane skutki. 

Wiem, że ocenianie przychodzi najłatwiej. Ale miejmy na uwadze, że tak, jak oceniamy my, tak nas również mogą oceniać.

0 Flares 0 Flares ×

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *